Konkurs

Śródmieście powitało nas jak dawno niewidziany, dynamiczny i kipiący życiem świat…

Marek Nowakowski
Książę Nocy, 1978

Konkurs literacki LICZ SIĘ ZE SŁOWAMI został rozstrzygnięty. Spośród nadesłanych prac wyłoniliśmy laureatów, przyznaliśmy także pięć wyróżnień. Wybór był niezwykle trudny ze względu na ilość i wysoki poziom nadesłanych tekstów. Poniżej znajdziecie listę zwycięzców konkursu oraz ich prace. Polecamy lekturę, bo nagrodzone osoby naprawdę znają się na wartości słowa!

I MIEJSCE

Szliśmy po niego jak po kebab o 4 rano do Sahary. Jak wielcy powojenni budowniczowie po obrazy Canaletta. Każdy z nas znał doskonale swoją pozycję – miejsce w szeregu. Królowi nie szczędziliśmy komplementów, bo to on miał ausweis do najlepszych melin. – Królu! Sylweto zeusowa! Prowadź! – krzyczeliśmy już dobrze zrobieni. Król odpowiadał – Kadźcie mi! Kadźcie. Daleko dziś zajdziecie! Każdy z nas był tu imigrantem od jakiegoś czasu i świetnie zdawał sobie sprawę, że to miasto potrafi dać przynajmniej tak wiele jak zabrać. Trzeba spoglądać za siebie – oddychać miarowo – by usłyszeć. To właśnie w zgiełku pulsującego miasta czekają szanse, czyhają nieszczęścia. Możesz być tym jedynym dla najlepszej sikory w klubie – długonogiej blond principessy rzucającej pretensjonalne spojrzenia – tylko dlatego, że się nie bałeś. Możesz też w ten sposób zawiązać sobie pętle dowiadując się czyją jest córką i jak dobrze Ci robią jej czyste kreski. Paradoks miasta powstałego w miejscu leja po bombie. Król to wszystko wiedział, a mimo to szedł w zaparte. Wygrywał w niepokornym mieście – nie brał jeńców. Czerpał energię z neonów, chłonął zapachy luksusowych "studentek", sypał napiwki z zadowoleniem triumfującego dowódcy. W tym mieście, żeby przeżyć każdy musi mieć swojego Cezara, a każdy Cezar umiejętnie przysposabiać synów, bo to miasto zbudowane jest na niewybuchach. Bo tutaj ułuda stabilności jest namacalna.

Adam Nowakowski

II MIEJSCE

Mieliśmy dwadzieścia lat, dwadzieścia lat później. Śródmieście w nowych dekoracjach rozłaziło się w kwartały kamienic, rozpierało młodym ciałem, mrugało światłem neonów. Nie znaliśmy już bramkarzy, ani kelnerek, nie schodzili nam z drogi cwaniacy. Dyskoteki wypluwały pijanych i kochanków na godziny. Tylko wódka kołysała czule, znieczulał krzemowy bit maszyny do mielenia czasu. Pod złą datą, spóźnieni, za wcześni, nazbyt powolni, płyniemy z prądem dni bez smaku i zapachu, strumieniem coraz bardziej bezsennych nocy. Czasem w sobotę zaciągamy się wolnością, łapczywie, ponad stan i zdrowy rozsądek. Gubimy sierść, tracimy kły i czekamy. Pod tym daszkiem czekałem na tą, która wtedy nie przyszła. Jak zwykle bywa, nie przyszła i potem. – Pamiętasz? Biliśmy się, o coś, w tamtej bramie. Dawno. Pochylam się poprzez lata, z ciężarem wieczoru na barkach. Kwiat w koszu na śmieci czerwienieje niczym krew na granitowych zębach. – Nie pamiętam. Poszło chyba o nic? – O nic. Jak zawsze. Krokiem z pokazu mody podchodzi dziewczyna, słowa puchną w jej ustach aksamitną chmurą i rozpryskują się po bruku. Nie rozumiem czego chce, o czym mówi. Mijamy się na wylot, bezcieleśni, bezimienni. Zaraz spadnie deszcz. Nasza młodość, jesiotr drugiej świeżości, kebab z oddzielanego mechanicznie mięsa, łyk piwa nad rzeką. Poznaczeni bliznami: ślubów, pogrzebów, rozstań, wracamy zmęczeni śród obcych ulic. Jeszcze księżyc świeci jak kiedyś. Głowa skazańca, wypalona papierosem dziura w niebie.

Jakub Bolec

III MIEJSCE

Niedzielni turyści podwarszawscy oraz posiadacze obcej waluty wysypali się na Krakowskie. U stóp Mickiewicza Japończycy pod wodzą pilota na wiarę brali, że nasz Adam był wielkim poetą – respekt z ich twarzy bił. Tymczasem nieopodal na cztery czwarte tłukł nieludzko pałkami w krzesło chudzielec, który uznał, że ma talent w tej unikalnej dyscyplinie muzycznej. Dalej cygańska dziewczynka z harmonią. Jej prawa ręka kaleczyła frazy znanej piosenki biesiadnej, lewa, mniej zdolna, obstawiała przypadkowe guziki. Przechodnie jednak gromadzili się wokół długowłosego młodzieńca, który, obwieszony po kolana elektryczną gitarą, żarliwie wibrował. Kilka zamyślonych głęboko licealistek o mokrych oczach robiło mu za niemy chórek. Jakiś zagraniczniak rzucił 5 euro i chudzielec, dostrzegłszy kątem łzawego oka hojny nominał, ukłonił się gitarą do ziemi. Po drugiej stronie ulicy w ogródku Kina Kultura swoje wytarte gawędy snuła grupa leciwych warszawskich bikiniarzy: Zebra, Wołek, bez nogi jednej Tancerz, pewien znany reżyser, który za Gierka ustawił się po mistrzowsku do wiatru. Panowie niezmiennie w asyście kobiet o wybitnej urodzie, jak byli zwykli wychwalać, i trzeba im było na słowo wierzyć, bo uroda ta już dawno odeszła. Nadawali tym kobietom ksywy niespotykane w literaturze lirycznej: Korba, Kaczor, Ruda, czasem Jolka. Nadstawiliśmy ucha: – To fajna dziewczyna była. Nieduża, ale fajna. Chłopcy ją lubili, ale ludzie brali na języki. A przecież to młodość, a majtki nie pokrzywy!

Piotr Łyczkowski

WYRÓŻNIENE: Małgorzata Sobol

WYRÓŻNIENE: Agnieszka Żurek

WYRÓŻNIENE: Błażej Gębura

WYRÓŻNIENE: Rafał Niemczyk

WYRÓŻNIENE: Igor Sypniewski

Serdecznie gratulujemy!

Jeżeli masz pytania, napisz do nas.